Bitwa o Rannoch Moor

 Drugie w tym roku zawody już za nami. Tym razem byly to spinningowe zawody na otwarcie sezonu pstrągowego. Łowiliśmy w przepięknej scenerii Szkockich wrzosowisk i gór, które jeszcze częściowo pokryte były śniegiem.

Do miejsca zawodów wszyscy mieliśmy spory kawał drogi, ale i tak większość dojechała. Humory dopisywały jak zwykle i pogoda też najgorsza nie była. Prognozy na ten dzień były gorsze, niż faktyczna aura, więc nie było powodów do narzekań. Zawody rozpoczęły się o godzinie 9.30. 

 Krótka odprawa i armia ruszyła na pole bitwy. W trudzie i mozole, w pocie i znoju 53 kompania fishermannów przedarła się przez dzikie ostępy, by niezauważenie wedrzeć się na teren wroga. Jeden osłaniał drugiego, szli parami, pochyleni i czujni. Wróg czychał tuż tuż...

 Pierwszy przeciwnika powalił Zander. Wziął go cicho i z zaskoczenia. Kropek nawet nie jęknął. Etykę wojenną mamy już wypracowaną, jeńców nie bierzemy. Więc po krótkim przesłuchaniu i rozbrojeniu puściliśmy wroga wolno, by doniósł swoim jak wielkimi siłami dysponyjemy.

Ja widząc, że chłopaki radzą sobie beze mnie dobrze, oddałem dowodzenie trzem podchorążym, a sam ze snajperem Krzychem ruszyłem w stronę gór, by mieć baczenie na tyły. Gdyby nie fakt, że misja była niebezpieczna, możnaby się zachwycić niesamowitymi widokami i dziką przyrodą.

Ale na to nie było czasu. Przeszukiwaliśmy każdy zakątek. W pewnym momencie snajper szturchnął mi w ramię i mową znaków pokazał "jest wróg".

Po chwili już skradaliśmy się jak polne duchy, namierzyliśmy i jednym celnym strzalem zdjęliśmy Browna.

Przeszliśmy jeszcze koło mili i postanowiliśmy wracać do reszty. Tyły były czyste, wiec wroga trzeba było szukać za mostem. Wcześniej dostałem wiadomość przez radio, że kilku naszych dopadło paru wojowników Trouta, więc ruszyliśmy żwawo w ich stronę nie oglądając się za siebie.

Gdy doszliśmy ze snajperem do brodu na rzece, jeszcze raz zbadaliśmy teren i dołączyliśmy do Pierwszej Grupy Natarciowej pod dowództwem Zandra, Stacha i Daniela. Tu chłopaki spisali się świetnie i teren wyczyścili. Później nadeszła wiadomość od grupy zwiadowczej pod dowództwem Seby, że sprzątneli cichaczem 98 dywizję Trout Wild Monster, a reszta wrogich wojsk rozperzchła się po okolicy i nie stanowili już zagrożenia.

Sierżant Seba pojmał nawet wysokiej rangi oficera wrogiej armii Generała Percha McScotta. Po krótkim upokorzeniu wypuścił i jego, by w niesławie powrócił do swoich.

W ten oto sposób, po ciężkiej i zażartej walce misja została wykonana...

Imprezę zakończyliśmy w godzinach popołudniowych szykując żołnierską strawę i rozdając awanse dla zasłużonych. Dla mnie te zawody były wyjątkowe. Zauważyłem, że nasza ekipa staje się coraz bardziej zgrana i zaczyna budować solidne fundamenty pod przyszłe imprezy i spotkania. Chciałbym podziękować wszystkim obecnym za ten dzień. I obyśmy spotykali się częściej w tak doborowym towarzystwie i w tak pięknych okolicznościach przyrody.

 

 

Do zobaczenia chłopaki na kolejnej misji...:)