... Morskie szczupaki ze Szwecji cz 2
autor: Michał Wittstock

Ogrom wody trochę nas przytłaczał - nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać.. więc spokojnie zaczęliśmy od gum.Dosłownie w pierwszych rzutach Tomkowi przy łódce zapina się trotka – niecałe 60cm!

Widzieliśmy dokładnie jej srebrny kolor i charakterystyczną płetwę ogonową. Niestety mała srebrna torpeda po paru sekundach spadła. Oczywiście to miejsce obłowiliśmy wahadłami, jednak bez efektu.

Ten dzień potraktowaliśmy jako rozpoznanie terenu.. znalezienie toru, po którym można śmiało pływać, oraz rozpoznać miejsca, których trzeba się wystrzegać!

 Co do samych ryb to nie było wiadomo czy już żerują na śledziach, czy część z nich się już wytarła??I gdzie je szukać?? Odpowiedzi na te pytania mieliśmy poznać niebawem..

Mogę jedynie napisać, że długo już nie miałem tylu kontaktów ze szczupakiem jednego dnia.Oczywiście nie tylko ja, bo Tomek również nie mógł uwierzyć w to co się dzieje. Ryby rozmiarowo max do 70cm ale samych kontaktów było mnóstwo!!Najwięcej było odprowadzeń pod samą łódkę. Czasem po dwie, trzy sztuki na raz! Jak się później okazało nie tylko my mieliśmy takie sytuacje. Tamtego dnia najlepszą przynętą dla mnie okazał się Jack-Salmo, który z jednego miejsca wyciągnął 4 sztuki i kusił przy tym kilkanaście ryb. Za to u Tomka sprawdził się RenoKiller 12.5cm.. Niestety ryby nie powaliły rozmiarem, ale każdy z nas złowił po 6 sztuk a liczbę i rozmiar zrekompensowały wspomniane wyżej odprowadzenia! W metrowej wodzie czystej jak kryształ, do tego prześwietlonej przez słońce było widać dokładnie co się dzieje..po prostu magia.. coś wspaniałego!!!

Po powrocie do bazy zrobiliśmy szybkie rozeznanie – kto, gdzie, jak i na co ;) O wnioski było jeszcze za wcześnie, ale powoli można było zaczynać kreować swoją teorię..

Drugiego dnia ruszyliśmy tym razem we trzech – dołączył do nas Marcin. Przed wypłynięciem standardowo zawsze sprawdzam prognozę pogody i na jej podstawie planuje gdzie popłynąć w pierwszej kolejności a w razie pogorszenia warunków wracać z wiatrem. Nie raz już taki sposób pomógł bez większego stresu wrócić do bazy. Gdy już byliśmy na wodzie wiatr przybierał na sile więc szybka decyzja - chowamy się w jednej z zatoczek. Tam warunki do dryfu idealne, oczywiście przy pomocy dryfkotwy. Mam to szczęście, że od razu wstrzelam się z przynętą – kopyto 6” od Relaxa – białe z niebieskim grzbietem. Dosłownie co drugi/trzeci rzut mam branie i w ciągu kilku dziesięciu minut naraziłem się kolegom na łódce ;) oczywiście każdy z nas miał kontakty z rybami jednak kopyto pokazało swoją skuteczność. Jak zawsze próbowałem również innych przynęt jednak tego dnia killer był tylko jeden. Sporo pływaliśmy, odkrywaliśmy nową wodę – sprawdziliśmy różne części zatoczek w tym kanały i połączenia większych zatok z otwartą wodą, jednak udało nam się znaleźć tylko kilka miejsc, w których warunki były w miarę przyzwoite z aktywnymi rybami. Pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała mimo to udaje mi się zakończyć dzień z 16 sztukami – niestety ryby znów max 75cm.

W bazie dowiadujemy się od reszty ekipy o wynikach pozostałych walczących – padły ryby ponad 80cm na małe i większe gumki.. ilościowo wygląda to podobnie, więc jak na szczupaki w tarle nie jest najgorzej!

Kolejny dzień przynosi załamanie pogody. Temperatura w nocy spada do 2°C a w dzień do 8°..do tego porywisty wiatr z opadami deszczu i śniegu! Po prawie 3 latach pobytu w Szkocji pogoda już nie robi na mnie wrażenia ;) tylko wiatr może uniemożliwić bezpieczne wędkowanie (prócz burzy), jednak ja i tak zawsze znajdę brzeg gdzie wiatr będzie wiał w plecy. I tak było tym razem.. znów tylko z Tomkiem na łódce – udaliśmy się na początek wielkiej zatoki z wyspami, gdzie wiatr dopiero się rozpędzał a fale nabierały mocy.Przy wyspach trafiamy kilka szczupaków i jednemu z nich – z paszczy wypada mała rybka podobna do dorsza – co to dla mnie oznacza? – wskazówka. Szybki przegląd pudełka z przynętami i znajduję gumę podobną kolorystycznie i wielkościowo do małej brązowo – rudej rybki! Gumkę tę dostałem od kolegi przed wyjazdem, aby ją przetestować – zapach miała czosnkowy! Smród był spory ale to jaką robotę zrobiła tą gumka przerosły moje oczekiwania. W około dwie i pół godziny mam ponad 20 brań, kilkanaście odprowadzeń i10ryb na koncie – wszystko z jednej malej zatoczki. Co ciekawe, po którymś braniu musiałem gumkę reanimować przy pomocy noża i zapalniczkia ryby wciąż reagowały na przynętę.Gdy brania ustają, gdzieś w oddali widać zbliżające się czarne chmury. Chwilę później dopada nas śnieżyca! W kilka minut przysypuje nas śniegiem a temperatura spada o kilka stopni - prawdziwie wiosenna pogoda.

Gdzieś w oddali widzimy kilka mew żerujących na drobnicy . Intuicyjnie kierujemy się w tym kierunku –gdy docieramy na miejsce widzimy na powierzchni ślady ławicy małych śledzi. Co jakiś czas widać atak drapieżników na powierzchni wody.. mam kilka brań, ale żadnej ryby nie mogę wciąć! Gdy w końcu mi się udało na pokład łódki trafia moja pierwsza w życiu belona – ryba ma około 80cm i sam hol dostarczył sporo fajnych emocji ;)

Do końca dnia nic szczególnego się nie dzieje no może poza tym, że na bardzo płytkiej wodzie podczas dryfu płoszymy fajną rybę ponad 90cm.. dzień kończę na 18 wyholowanych szczupakach i jednej belonie.

W czasie kiedy nie jesteśmy na wodzie integracja przebiega sprawnie ;) po części po to też tu przyjechałem. Kiedy nasze wieczorne posiedzenia przeradzały się w nocnerozmowy, przed kolejnym litrem integracji powstrzymywała mnie jedynie myśl, że za 5 godzin muszę wstać i czas szybko zmykać.. mogę jedynie napisać, że wśród ekipy czułem się jak wśród swoich przyjaciół! Co mi baaaardzo odpowiadało :)

Kolejny dzień i małe roszady robimy na łódce.. zamiast mojego przyjaciela Tomka – zabieram na pokład nowo poznanego kolegę również Tomka. Ogólnie Tomki to spoko goście ;).

Tomek do tej pory na wyjeździe łowił w innych miejscach niż ja,więc ustalamy, że dopóki pogoda pozwoli obławiamy jego miejscówki na otwartej wodzie a gdy wiatr uniemożliwi nam bezpieczne wędkowanie uciekamy w zatoki.

Na pierwsze ryby musieliśmy poczekać do trzeciej miejscówki. Wciąż nie przyzwyczajam się do jednej przynęty i cały czas zmieniam i próbuje się dopasować do danego dnia.

Kiedy wydawało nam się, że pewną wnękę między wyspami już obłowiliśmy zakładam węgorza 30cm Savage Gear. W pierwszym rzucie mam branie tuż przy powierzchni. Ryba narobiła szumu, ubiła sporo piany i.. tyle ją widziałem :/ Niestety pierwsze branie ryby w okolicach 90cm i spalone.. trochę wkurzony posyłam przynętę w podobnym kierunku jednak kilka metrów dalej.. dwa obroty korbką i widzę jak powierzchnię wody przecina strzała – To szczupły z całym impetem wpada w węgorza! Co za widok ;) ..ryba trafia a ja zacinam! ..kilka sekund fajnej zabawy i ryba w połowie odległości do łódki spada.. znów coś większego tyle, że odrobinę mniejszą od poprzedniej. Takie rzeczy się zdarzają.. zabrakło po prostu szczęścia.. mimo to sprawdzam czy aby na pewno to nie jest wina samej dozbrojki. Dwa rzuty i dwie ładne ryby – obstawiam, że to nie przypadek, tym bardziej, że miejscówkę prędzej obłowiliśmy innymi przynętami. Postanawiam się bardziej przyłożyć do węgorza aczkolwiek na cel biorę inne duże przynęty w tym Pigshada Juniora od Strike Pro - 20cm mięsistej gumy. Napisze w skrócie, że to był strzał w dziesiątkę. Tego dnia na węgorza trafiam 10 szczupaków.. na pigshada 5 sztuk – niestety tracę go w dziwnych okolicznościach (gdy trzymałem w ręku szczupaka, ten próbując wydostać się z chwytu zaczął się szamotać i wypiął przynętę z agrafki a ta wpadła do wody). A zapowiadał się bardzo dobrze bo w niecałą godzinę miałem niecałe dziesięć brań. Niestety był to jedyny pigshad jakiego miałem :/.

Kiedy ryby przestały reagować na te większe przynęty założyłem gumkę 8cm.. dołowiłemna nią 5 kolejnych zębaczy i jak się później okazało wisienkę tego wyjazdu - jazia długości 54cm Tak więc była to moja druga życiówka na tym wyjeździe (pierwsza to belona).

Pod koniec wędkowania mam odprowadzenie przynęty przez rybę ponad 100cm pod samą burtę łodzi.Jej śladem podążały 3 mniejsze samce. Wszystko działo się na 0,5 metrowej wodzie z jasnym dnem. Wystarczy sobie wyobrazić widok takiej ryby w krystalicznie czystej wodzie.Niestety ryba nie skusiła się na przynętę. Mało tego – wracałem w to miejsce już do końca wyjazdu jednak nie było mi dane kolejne spotkanie. Pocieszałem się faktem, że chociaż ją widziałem i to tak wyraźnie.

Kiedy wróciliśmy do bazy czekała na nas miła niespodzianka. Koledzy nie próżnowali i zamiast łowić szczupaki pojechali na śledzie. Przypłynęliśmy w samą porę bo rybki były jeszcze ciepłe i smakowały wybornie. Pierwsze moje śledzie na świeżo i w dodatku a’la Felek – bo przyrządził je właśnie Felek a pomagała mu przy tym reszta chłopaków (za co wielki szacun koledzy!).

W zasadzie kiedy tylko dopłynęliśmy do mariny chłopaki już na nas czekali z półmiskiem śledzi i z planem na wieczór. Mieliśmy jeszcze popłynąć na godzinkę na wieczornego porzucać trochę. Mnie dwa razy o coś takiego pytać nie trzeba ;) . Przytuliłem śledzie i w drogę.

Zakończenie dnia było dość zabawne ponieważ kiedy Marcin holował szczupaka Tomek dał mi swoją wędkę, abym ją potrzymał na czas udzielenia pomocy przy podebraniu ryby Marcina. I tak oto „niechcący” po kilku sekundach na Tomkowy zestaw zacinam i wyciągam szczupaka. Było przy tym trochę śmiechu ale Tomek na szczęście później sam już dołowił swojego wieczornego szczupaka.

Po rybach znów wieczorna integracja u chłopaków w domku. Tym razem Kamil odpalił swojego kompa, tym samym pokazując część swojej galerii z rybami. Tego nie da się opisać słowami – chociaż spróbuje ;) - piękne ryby ale zdjęcia jeszcze piękniejsze a do każdej fotki krótka opowieść.Żaden film Kamila nie dał mi tego co ten wyjazd.

Chociaż szczerze muszę przyznać, że największe wrażenie zrobiła na mnie ryba Maćka – pstrąg potokowy - złowiony w Islandii, na muchę... ponad 100cm.

Z resztą każdy w tym domku mógł się pochwalić czymś naprawdę godnym. Aż miło było posłuchać tylu wędkarskich opowieści w jednym miejscu.

Następny dzień zapowiadał się wyjątkowo ponieważ mieliśmy zarezerwowane miejsce u Kamila na łodzi. W zasadzie czekałem na to bardzo długo i w końcu kolejne marzenie się spełnia. Sama łódź jak i gadżety na niej zrobiły na mnie ogromne wrażenie! Ale niestety w tym dniu szczęście nas opuściło. Z początku długo czekaliśmy z wypłynięciem, ponieważ wiatr przybierał na sile. Dopiero koło 11 udaje nam się wypłynąć.. na wodzie jesteśmy około 3 godzin, kiedy to następuje mała awaria – akumulator od głównego silnika jest rozładowany a to oznacza, że trzeba przełożyć baterię z silnika dziobowego do spalinowego. Na szczęście znajdujemy się w osłoniętej zatoczce z bojką na środku, do której przywiązujemy się na czas wymiany baterii.Zanim to jednak wszystko nastąpiło czas mijał bardzo fajnie.. praktycznie cały czas zadawałem pytania a Kamil szczerzeodpowiadał.. dowiedziałem się masę rzeczy, które mnie interesowały i których bylem po prostuciekaw. Jednak gdybym miał więcej czasu myślę, że jeszcze trochę bym z niego wyciągnął ;) W trakcie tych trzech godzin trafiamy 7 szczupaków.. 4 z nich złapałem na sweepera 12cm – i znowu inna przynęta okazuje się skuteczniejsza od pozostałych. Tak się składa, że każdego dnia znajduję inne przynęty, które dają mi małą przewagę jeżeli chodzi o prowokowanie ryb do brania.

Kiedy akumulatory zostały zamienione decydujemy się wracać do bazy. Mamy do przepłynięcia koło 5 kilometrów z czego 3 km z nich to otwarta woda.Cały dzień wiało więc woda była rozhuśtana – delikatnie pisząc. A to co się wydarzyło na samym środku otwartej wody zaskoczyło nas na maxa.. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem takiego szkwału – wiatr w kilka sekund tak przybrał na sile, że woda która rozbijała się o naszą łódź unosiła się dalej z wiatrem. Fale nagle zrobiły się dwa razy większe a między nimi woda jakby się zapadła tworząc duże wolne przestrzenie, że gdy w nie wpadliśmy morze przelewało się przez całą łódź. Całe szczęście, że Kamil szybko się w tym wszystkim odnalazł –kiedy byliśmy na szczycie fali dodawał gwałtownie gazu a łódź przeskakiwała z fali na fale. Było słychać wyraźnie kiedy śruba od silnika wynurzała się z wody. Kilka razy nie trafiliśmy w fale i wpadliśmy w dół pomiędzy rozdartym morzem. Uderzenia były tak silne, że w pewnym momencie wyrwało radio z kieszeni. Na początku śmiałem się głośno, lecz po chwili przestałem zastanawiając się gdzie są kamizelki?! chciałem to wszystko nagrać, jednak jedną ręką trzymałem pudełka z przynętami a drugą kurczowo trzymałem się siedziska.Kiedy w końcu dopływamy do brzegu jest chwila na refleksje – było gorąco, nawet bardzo! Dostaliśmy lekcje i o wnioski wcale nie było trudno ale i tak z uśmiechem na twarzy zakończyliśmy tą przygodę. To zdecydowanie był najlepszy przelot łódką w mojej karierze. A dzień się jeszcze nie skończył.

Po szybkim posiłku jest jeszcze sporo czasu aby połowić. Kamil ma dość i chcezostać na brzegu a ja przekonuje Tomka żeby ze mnąpopłynął. Tylko, że nie ma naszej łódki.Maciej – kierownik imprezy – właśnie spłynął i proponuje abyśmy wzięli jego łódź. Bez zastanowienia przesiadamy się i wracamy do łowienia. Pierwsze dwa dryfy bez kontaktu z rybą.. Kilka przynęt wylądowało w wodzie jednak żadna nie okazała się skuteczna. Kiedy zastanawiałem się co założyć zauważyłem, że Maciej zostawił kilka przynęt w łódce. W śród nich był pigshad junior w kolorze zielonym – właśnie natakiego mój kolega w lutym dostał ładnego pajka - 104cm. Pomyślałem, że Maciej na pewno nie miał by nic przeciwko gdybym rzucił sobie parę razy ;) Ustawiam łódź do kolejnego dryfu, pierwszy rzut i JEST drugi rzut i znowu ryba– przypadek? Jak do tej pory rozmiarowo max 70-80cm.. nawet nie mierzymy.. trzeci rzut i branie – nie wcięte.. Dwa dryfy na pusto i nagle trzy rzuty i trzy brania – to nie przypadek. Do wieczora doławiam 11 sztuk z czego mam dwa razy tyle brań i wszystko na zieloną świnkę. Wracamy do bazy – opowiadam Maciejowi o zielonym killerze. Trochę z niedowierzaniem ale przyjmuje moja wersję – zresztą dowód ma na sobie liczne ślady szczupaczych zębów a gdy go pożyczyłem był zupełnie nowy.

Wieczór jak zawsze poświęcamy integracji.. dowiadujemy się o większych sztukach złapanych przez naszych kolegów na bardzo płytkiej zatoce i co ciekawe na małe gumki. Do mnie jednak to nie trafia ;) założenie było takie, aby połowić jakościowo a nie ilościowo a do tego są potrzebne selektywne przynęty. Po prostu gdyby pobawić się w rachunek prawdopodobieństwa większe szanse na złapanie ryby powyżej metra będą, gdy zastosuje się stosunkowo duże przynęty. Oczywiście zależy to od wielu czynników, jednak moim zdaniem kluczem do sukcesu jest konsekwencja w działaniu ;) Tak więc nie zmieniam taktyki.. W grę wchodzą gumy 15, 20, 25, 30 i 40cm. Co jakiś czas sprawdzam tylko czy aby mniejsze przynęty nie są skuteczniejsze danego dnia. Tak dla spokoju ducha.

Na ostatni dzień łowienia udało mi się wbić do Macieja. Zależało mi na tym ponieważ miałem kilka (dziesiąt) pytań i nie mogłem się doczekać odpowiedzi. Oczywiście przy okazji chciałem jeszcze podpatrzeć gdzie szuka ryb, w jaki sposób się ustawia no i na co łowi.

Niestety szczęście znów nas opuściło co do godziny wypłynięcia..Ale gdy już wszystko dookoła ogarnięte wypływamy przed 11.. Wiatr ostro wieje i morze znów pokazuje na co je stać. Maciej objaśnia, że przy obecnych warunkach będziemy obławiać nawietrzną stronę wysp z wyraźnym uskokiem dna z płycizny na nieco głębszą wodę. Kiedy wrzucamy kotwicę do morza mam wrażenie jakbyśmy rozłożyli żagiel. Wiatr tak mocno wieje, że kotwica nie jest w stanie nas utrzymać. Wpadamy na pomysł aby dorzucić jeszcze dodatkowo dryfkotwe. To wystarcza aby oddać kilka rzutów zanim wiatr zepchnie nas na brzeg. Pierwsze Macieja miejscówki dają nam kontakty z rybami. Co do samych przynęt to spytałem Macieja, czy mógłbym potestować pigshady. Było ich sporo i w różnych kolorach – „Nie ma problemu!”. Tak więc ostatni dzień i sprawdzian nowych przynęt. Cały czas miałem nadzieję, że uda skusić mi się do brania jakąś większą sztukę – niestety tak się nie stało. Ale za to zaliczam do popołudnia 10 sztuk szczupłych i jedną belone – i wszystko na pigshady ;) Jak zawsze było sporo odprowadzeń i pustych brań, ale dzień jak najbardziej zaliczony do udanych, tym bardziej w takim towarzystwie i podczas testów nowej przynęty.

Czas na podsumowanie i suche liczby. Ogólnie na 15 wędkarzy padło grubo ponad 600szt szczupaka. Trafiliśmy akurat w tarło a gdyby dodać do tego całkowite załamanie pogody to wynik naprawdę przyzwoity! Mi samemu udało się złapać 87szt szczupłego z czego największy 83cm, 2 belony i 1 jazia.Wynik nie powala, ale uwierzcie – to nie było najważniejsze.Biorąc pod uwagę, że co dzień odkrywałem nową wodę, uczyłem się jej i przerobiłemmasę przynęt w rozmiarze xxl i kilka xxxl (węgorz 30 i 40cm, renokiller 25cm, pigshad 23 i 20cm oraz kilka większychwoblerów) mogę napisać, że sporo się nauczyłem! Celu nie udało mi się osiągnąć ale wyjechałem stamtąd z pewnym doświadczeniem, które na pewno wykorzystam na następnym takim wyjeździe. Z takąliczbą szczupaków nie spotkałem się nigdzie indziej do tej pory. Jestem przekonany, że gdyby tylko trafić tam w odpowiednim momencie można by było wyłowić się do bólu rąk.

Sam rozmiar łowionych ryb nie powalał –były to samce przeważnie w przedziale 60-80cm ale widok brania czy dosłownie masa odprowadzeń pod samą burtę dawały sporo adrenaliny. Do tego integracja.. ;) atmosfera po prostu zajebista. Cieszę się, że poznałem tyle osób i jestem pewien, że jeżeli następnym razem znów się spotykamy na pewno będę miał o czym napisać.

Na sam koniec chciałbym jeszcze raz podziękować Wszystkim uczestnikom tej wyprawy! Szczególe podziękowania dla Macieja i Kamila – bez nich na pewno nie było by to samo. ..do zobaczenia nad wodą – oby jak najszybciej!!!..

A to kilka zdjęć: