Łososie na końcu świata

Prawie sześć godzin jazdy na północ w totalnie dzikie tereny. Łowiska obraliśmy dużo wcześniej, nastawiając się na pstrąga i łososia. Rzeczka i jeziorko na niedostepnych terenach. Północ Szkocji zawsze nas ciągnie, bo prócz wędkowania można zachwycać się niesamowitą przyrodą i widokami zapierającymi dech. I tym razem Szkocja nas nie zawiodła.

Wyruszyliśmy w piatek wieczorem. Na miejscu byliśmy koło północy. Oczywiście o wędkowaniu już mowy nie było, bo zmęczenie drogą zrobiło swoje. Po ciemku znaleźliśmy miejsce na biwak i rozbiliśmy namioty. Meszki żarły bez opamiętania, ale tragedii nie było. Jeszcze przed snem szybkie piwko, omówienie planu na kolejny dzień i spać.

Rano po zwinięciu namiotów i rozłożeniu sprzętu rozpoczęliśmy atak na rzekę. Docelowo mieliśmy w planie wleźć między góry i odnaleźć upatrzone przez nas pstrągowe jezioro. Postanowiliśmy jednak przez godzinkę lub dwie sprawdzić co kryją wody dzikiej rzeczki, a później w poszukiwaniu jeziora.

Meszki wciąż gryzły, więc w moskitierach na twarzach zaatakowaliśmy rzekę. Pierwsze rzuty w obiecującym miejscu nie dały rezultatu, więc przesuwaliśmy się powoli w dół rzeki. Dopiero po kilkuset metrach trafiliśmy na pstrągi. Były i mniejsze, i większe. Pięknie ubarwione i waleczne rybki. Ale największe emocje miały dopiero nadejść za kilka minut.

Teraz jednak przenieśmy się trochę w czasie do przodu. Po niesamowitych emocjach nad rzeką, czas na znalezienie jeziora. A nie było to wcale takie łatwe, bo w tamtym rejonie woda jest za każdą górką. Jezior setki, każde dość obfitujące w pstrągi. Ale nas interesowało jedno konkretne i tam zmierzaliśmy. Teren nie był łatwy, wszędzie skały, zagłębienia, bagniska… Zrobiliśmy spore okrążenie, zanim znaleźliśmy naszą wodę. W sumie droga, która w lini prostej miała zająć około 20 minut, zajęła nam coś koło 1,5-2 godziny.

Mimo, że pstrągów połowiliśmy sporo, to jeziorko nas troche zawiodło. Po prostu nie trafiliśmy w dobry dzień. Nie trafiło się nic dużego, a według miejscowych siedzą tam niezłe sztuki. Ale tak bywa w wędkarstwie i na to wpływu do końca nie mamy. Prócz rybek, trafiły i się inne stworzenia. Np, taki pyton :)

Po kilku godzinach postanowiliśmy wrócić do auta, zjeść, odpocząć i wrócić na rzekę. Tam jednak emocje były ogromne.

Do wieczora mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc postanowiliśmy zbadać inny odcinek rzeki. Szerszy i płytszy. Niestety tam ryby nie było. Cofnijmy się więc w czasie do godzin porannych, gdzie na rzece działy się ciekawsze rzeczy.

Jak pisałem, pstrągi ładnie gryzły. Przy jednym z kolejnych bran u Tomka nagle zagrał hamulec w kołowrotku. Coś większego, niezły odjazd. Przez dobrych kilka minut nie widzieliśmy ryby. Trzymała się dna i co chwilę odjeżdżała. W czasie tego holu, po naszej prawej gdzie Michał biczował wodę, nagle potężny łosoś wyskoczył nad wodę. Piękny widok. Michał będąc najbliżej od razu podał w to miejsce swoją przynętę. Branie nastąpiło momentalnie. Tomek wciąż walczył ze swoją rybą, która się wreszcie pokazała. Też piękny łosoś. Ja tymczasem z aparatem w ręku czekałem na wylądowanie rybek. Rybki walczyły długo, szczególnie ta u Tomka na kiju. Wreszcie obie zostały wyholowane I uwiecznione na zdjęciu.

 

Jak się okazało, ta parka to nie był przypadek. Posuwając się wzdłóż rzeczki, co rusz obserwowaliśmy wyskoki łososi. Nie zawsze były chętne do współpracy, ale bran nie zabrakło. Wyholowanych rybek też. Naprawdę waleczne, przepięknie wyskakujące ponad lustro wody dały nam dużo emocji I niezapomnianych wrażeń. I te widoki…

Mimo, że łośki brały, postanowiliśmy trzymać się planu i odwiedzić jezioro, o czym pisałem. Jezioro rozczarowało, rzeka nie. Nadszedł wieczór, zmiana miejsca obozowania i…nagły atak bestii krwiożeczych zwanych meszkami. Ci, którzy nie mieli do czynienia z tym Szkockim diabelstwiem, nie zdają sobie sprawy jak te cholerstwo potrafi żreć. Chmara wyskoczyła nie wiadomo skąd i kiedy. Bez moskitiery nie szło oddychać. Nie szło zrobić kawy, jedzenia…nic. Nawet posiedzieć I pogadać o minionym dniu nie dało rady. Dreptaliśmy w koło obozu, bo tylko ruch i odrobina wiatru dały wytchnienie. Ale nawet te diablice nie mogły nam popsuć humorów po takim dniu.

Dzień drugi, a raczej jego połowa, to znów rzeczka i troche zwiedzania. Rzeczka znów nie zawiodła i dała z siebie wszystko. Były łososie, choć tym razem więcej strat. Trzeskały plecionki i żyłki, przynęty zostawały w wodzie, ale emocje po raz kolejny wielkie.

Wyprawa była udana. Dzikość tamtych terenów i te rybki dostarczyły nam niezłych wrażeń, by wspominać ten czas jeszcze długo. Czegoś też nas nauczyła na przyszłość jeśli chodzi o szukanie łowisk. Kolejna wyprawa już w planach, ale wcześniej inne imprezy wędkarskie przed nami.

Dzieki chłopaki za ten czas. Było daleko, ale było warto. Do zobaczenia nad wodą.